Mam Talent. Kolejna licencja zakupiona przez TVN. Ale nie będę się tu rozwodzić nad oryginalnością (a raczej jej brakiem) tejże stacji a napisze kilka słów o programie. Pierwsza seria okazała się dużym sukcesem, zarówno medialnym jak i komercyjnym (idioci każą sobie płacić nawet za oglądanie starych odcinków na plejadzie), więc łatwo było przewidzieć kontynuacje. Z pierwszej edycji widziałem połowę jednego odcinka, akurat trafiłem na Klaudie Kulawik, ale gdy nazwa programu dobiegła mnie nawet z ambony, postanowiłem, że drugiej edycji poświęcę więcej uwagi.
Ale jak to zwykle bywa, na postanowieniu się skończyło. I tu ujawnia się pierwszy grzech programu – data emisji. Sobota wieczór, to dla ludzi takich jak ja, jedyna okazja aby wypić piwo z kolegami, zabrać gdzieś dziewczynę. To w sobotę są imprezy i ochlaje. Wiadomo, jest powtórka, ale też o takiej porze, że z imprezy musiałbym wracać samolotem, albo po prostu zrezygnować z jedynego dnia w tygodniu w którym mogę dłużej pospać. O postępach w programie dowiaduję się więc, za pośrednictwem internetu i spotów TVN’u.

Drugą sprawą jest reżyser. Tego to się powinno kopnąć w tyłek i wysłać do kręcenia Złotopolskich.
Jeszcze to co widziałem na żywo, jakoś przegryzłem, ale te zwykłe odcinki, to na litość Boską!
W programach takich jak Mam Talent, zadaniem reżysera jest przekazanie widzom zasiadającym przed telewizorami ukazanie rzeczywistego obrazu występu. To powinno być lustrzane odbicie, tak aby przeciętny widz mógł rzeczywiście ocenić występ. Jednak tu mamy zbędne reżyserowanie. Ten idiota przerabia program jak tylko można: zmienia tępo, podkłada swoją muzykę w kluczowych momentach, nie może zdecydować się jakiej kamery użyć, kogo kamerować: publikę, Chylińską, tych pajaców za kulisami, czasami sobie przypomni o występującym, ale wtedy znowu daje na publikę bo klaszczą. Prawdziwa amatorszczyzna. Po szkole filmowej nie jestem, ale zapytajcie się pierwszego lepszego gościa, który siedział na widowni. Zdecydowanie powie, że to co się dzieje w studio, znacznie odbiega od tego co widzimy telewizorami.
Ale koniec tej krytyki, bo na to można by poświęcić oddzielny wpis. Chciałbym Wam przedstawić moją faworytkę. Niestety, jak zwykle w tv jej nie widziałem, zainteresowałem się nagłówkiem “Polska Amy Winehouse”. Byłem zaskoczony, wyszła taka mała chudzina, no taka sarenka, a oni ją do Amy porównywali.

Ale gdy otworzyła buźkę wszystko stało się jasne. Zrobiła na mnie duże wrażenie. Ania Teliczan – nie przywiązała wagi do ubioru, do fryzury, do makijażu, nawet się za dużo się ruszała, po prostu stanęła tam z miną jakby w środku mówiła sobie – “wyjebane, zaśpiewam i idę na obiad” i było idealnie.
Zarezerwowałem dla niej sobotni wieczór, no ale cóż, z oczu leciało mi równie intensywnie co z nosa i o oglądaniu nie było mowy. Starym zwyczajem obejrzałem występ na Onecie, oczywiście się zawiodłem. Uczesała się, ubrała, dostała kolczyki, dobrze, że i tym razem nie tańczyła. Dostała zjeby i słusznie. Jest moją faworytką i ma wygrać ten program, a w ten sposób tego nie osiągnie.
Dobra, teraz już wiecie, na kogo macie wysyłać sms’y w finale. Ja idę zdrowieć. Miłego tygodnia kochani.